Kategorie: Wszystkie | Hermeneutycznie | Impresje
RSS
sobota, 24 października 2009

śnił mi się Krym.nigdy nie byłam na Krymie.

 

śłucham soundtracka z 'Wszystko jest iluminacją", zachciało mi się pojechać koleją transsyberyjską i wysiadać na przypadkowych przystankach.

 

mam masę książek do wchłonięcia, nie można ich czytać tak szybko jak potrafię, trzeba myśleć, dużo myśleć, zakreślać, przepisywać, i kombinować jak by to pasowało do mojej magisterki.

 

znów czuję, że w pory roku się wpada, bach, i jesteś. zimno, deszcz, przemoknięte stopy w rozwalających się butach, włosy się przyklejają do ust, muzyka przerywana jest zepsutymi słuchawkami.

 

 

wtorek, 20 października 2009

Ci, którzy mają sposobność poświęcić się badaniu życia społecznego nie mogą spocząć - bezczynnie i obojętnie - w obliczu zmagań, w których stawką jest przyszłość świata. - Pierre Bourdieu.

 

Dla intelektualisty jedyną jeszcze możliwą formą zachowania solidarności jest niezłomna samotność. - T. Adorno

 

 

cała jestem tym zmaganiem. mam poczucie zanurzenia w życiu. wzajemnością jest własna szansa i świadomość przeżywania własnego dasein.

 

tak się cieszę, że już wiem, czego nie chcę, kocham się za tę konsekwencję, że ktoś mi pokazał, jak to powinno naprawdę wyglądać. Aż dziw bierze, że tego nie widziałam wcześniej. Jakie piękne są zmiany w człowieku, takie, że czujesz, że to jest trwałe i pewne.

sobota, 17 października 2009
wielki powrót do filozofii. czeka mnie konferencja naukowa. wreszcie robię coś w kierunku, z którego nie mam zamiaru wystąpić. pozostałe dziedziny życia są jakby obok. zaczęłam kolejne studia, zupełnie nie w moim stylu, ale to dobrze, dowiedziałam się na nich w ciągu 7h mnóstwa rzeczy, obliguje mnie to do poznawania jeszcze innej niszy. jesień zrobiła nam psikusa, zamiast niej jest i zimno i wietrznie. nie mogę usłyszeć szelestu liści jak idę, wszystko przez ten okropny siąpiący deszcz.
środa, 07 października 2009

Jedno mi nie wyszło, czuję, że nie daję rady, nie będę miała czasu pisać, myśleć o filozofii, wracam późno padając ze zmęczenia, a ból głowy jest rozdzierający.

 

byłam dziś na zajęciach, pierwszych w tym ostatnim roku akademickim. Zdanie, w którym pojawia się słowo pierwszy i ostatni zawsze jest smutne w jakiś tam sposób. Pytałam ludzi, czy stoję pod odpowiednimi drzwiami, i dowiedziawszy się, że są oni na II roku głośno wyrażałam swą tęsknotę za powrotem do czasów, w których po prostu mogłam studiować i robić milion innych miłych rzeczy.

 

siedząc dziś w znajomej sali i patrząc na pożółkłe liście uświadomiłam sobie, że to już piąty raz jesień wita mnie zza tego okna. rok temu, obserwowałam pewne drzewo, skrupulatnie liczyłam te pojedyncze liście, których z każdym tygodniem zajęć za oknem było coraz mniej. próbowałam nie patrzeć na to całkiem łyse drzewo przez prawie pół roku zimy w tym kraju. a później nie -wiadomo-kiedy drzewo to wybuchło całą tą swoją zieloną bujnością, a wraz z nim słońce, chociaż doskonale pamiętam dzień czterech pór roku: rano słońce, potem grad, potem deszcz i na końcu znów słońce. niczym w buddyjskim filmie: spring, summer, autumn, winter and spring.

 

nie bez przyczyny amerykańska jesień to fall. runąć, gruchnąć, zapadać się, zmierzch, upadek.

fall in love= ? zostawiam bez komentarza. nawet języki obce wiedzą lepiej, jak to wszystko jest poukładane.

 

 

 

niedziela, 04 października 2009

pierwsze:prawdopodobnie będzie tak, że mam zajęte większość dni w tygodniu, magisterkę kolejną będę pisała nocami, albo dziwnymi porankami, siedząc w tych okularach, które wyostrzają rysy twarzy i wszystkim przywodzą na myśl jedno zdanie: 'jakaś ty poważna'.

drugie: moja partia szachów zbliża się ku końcowi. wychodzą błędy przeciwnika i nieoczekiwane zatajone prawdy. uśmiecham się do tego w myślach, no cóż wszyscy błądzimy w ciemnościach, a gdy jest już tak całkiem jasno, to należy nadal się potykać, ot tak - by dodać sobie kurażu.

 

trzecie: standardowe procedury. wszystko przybiera znajomy obrót. w czwartek seminarium z Bycia i czasu. Będę czytać i będę płakać, będę chłonąć. koincydencja: akurat, kiedy mam trudności, żeby się samemu zabrać za gruntowną od nowa analizę, to wpadają mi akurat takie zajęcia, z tego konkretnego filozofia, z tego konkretnego dzieła. czyli wszystko jest połączone, plus niektórzy ludzie są ze sobą połączeni bardziej niż myślisz. niczym niewidoczne sznureczki, próba sił, kto kogo dziś przyciągnie na swoją stronę.

 

czwarte: bole głowy powróciły, ale nic to, słucham jenn grant tupiąc nóżką pod niebieskim biurkiem.

 

piąte: moje ty metafizyczne połączenie, prawdo, pyszna transcendencjo.

 

szóste: przeczytałam u Bzium i stosuję: zawsze trzeba trzymać drzwi otwarte, żeby jedni mogli wejść, a inni Wyjść. (zapomniałam, że to u Foera było)

środa, 30 września 2009

rozwiązanie odkryłam, choć nie byłam pewna

 

na wszystko należy nieco poczekać, odłożyć, nawet 'jakby' na później, udawać.

 

wtedy przychodzi.

ciekawe czy działa za każdym razem.

 

wieści z heiddegerowskiej treści:

 

- hermeneutyka pretenduje do bycia nową filozofią Pierwszą, jest coraz więcej znaków i wskazówek, że się nie pomyliłam.

 

Jak zrozumieć proces rozumienia?

poniedziałek, 21 września 2009

zatem,

 

trzeba działać, robić coś, jak w teatrze, musi się coś dziać, nie można tylko stać.

 

póki co robię sobie przymusowe road do domu po raz kolejny. załatwiam formalności, odwiedzam biblioteki, uczelnie, moją starą i moją nową.

 

jakby się udało z pracą to doniosę, będę zapewne o wiele bardziej w życiu, będę miała odpowiedź na pytanie what do you do for a living?

 

chociaż to pytanie o pracę, mnie się zdaje, że to sam Heidegger pyta o bycie.

środa, 16 września 2009

pragnę jakiegoś energetycznego, pełnego dyskursywnego słowotoku spotkania.

 

cały Poznań mam wrażenie, że w ciągu dnia udaje, że jest latem, natomiast wieczorem zamienia się w jesienne miasto.

 

Poznań jesienią jest ładny, naprawdę. Te wszystkie kawiarnie, niechaj żyją te ukryte w podwórkach, zapomnianych skwerach i uliczkach. Jeszcze tylko moje urodziny i będzie można zaprosić jesień do umysłu.

żeby tak zaczęło się dziać. w ubiegłym roku miałam to wszystko, może już przydział został wyczerpany. może wystarczy samemu wyjść do.

 

niedziela, 13 września 2009

byłam w domu.

 

byłam nad morzem. prawdopodobnie ostatni tak ciepły dzień, w którym kąpałam się w morzu i łapałam nosem chmury, w wyobraźni układając je w sobie tylko znany kształt.

 

bawiłam się dwie godziny z dwuletnim dzieckiem, które na wieść o mym wyjściu zrobiło usta w podkówkę i płakało.

 

przemierzyłam jakieś 600km.

 

miałam na dłoni małą żabę i zebrałam sporo grzybów. i dwa żołędzie.

 

'jak piękne są wysokie drzewa'.

 

 

wszystkie uczucia zostawiłam w małej torbie, nie zabierając jej z powrotem.

 

sobota, 05 września 2009

 

 

 

jestem bodaj najbardziej świadomym byciem tu - i - teraz jakiego znam, a jednocześnie jestem tak słaba, że pozwalam sobie projektować jakąś przyszłość  i wąchając prawy nadgarstek przywołuje z odmętów hipokampa przeszłość. Przeszłość, co do której nie mam pewności, że się wydarzyła, mam w sobie bardzo nieprzyjemne uczucie, że już wiem, jaką farsą było to całe moje rozedrganie w obliczu faktów, które smagały moją twarz, niczym mokra szmata.

 

gryzę się za to w snach w stopy.

 

 

dzisiaj śniło mi się, że zbierałam ciała z jakiejś hali, w której większość osób spłonęła. Miałam do dyspozycji białe rękawiczki i czarne worki. Wyszło mi z sennika, że mam niepozałatwiane sprawy.

 

czuję zmianę w sobie, nieco wbrew własnej woli.

 

Pozwoliłam sobie dzisiaj popatrzeć na spadające liście z wielką nadzieją na piękną jesien i wszystkie te płaszcze, apaszki, rękawiczki, kapelusze i co najmniej dwie pary butów na coraz wyższych obcasach.

 

schowałam do szafy znalezione przy przeprowadzce kozaki z ubiegłego roku, przy próbie ogarnięcia ilości kilometrów i miejsc których dotknęły, ogarnęło mnie dotkliwe zniechęcenie pomieszane z nutą ckliwego sentymentalizmu. feeria świateł i dźwięków, uderzanie szkłem o szkło, rozlane napoje, słomki, dym, drewniane podlogi, podłogi autobusów i tramwajów, chodniki przysypane śniegiem albo mokre od deszczu, brukowane ulice i czerwone dywany w Teatrze Polskim.

 

pamiętam także swoje rozpięte w pośpiechu kozaki - nie lubię tego widoku, wyglądają jakby się poddały.

 

 

chciałabym czasem dostać szczerością uczucia w twarz. dla samej swojej nieprzewidzianej reakcji. żeby mnie ktoś tym mentalnie zdzielił, może bym się obudziła.