Kategorie: Wszystkie | Hermeneutycznie | Impresje
RSS
czwartek, 29 października 2009

To jest jak słuchanie drugiej części utworu Bibo no Aozora G. Santaollali, kiedy pierwsza część jeszcze się nie skończyła, a ta druga już współgra zapowiadając najbardziej wzruszający moment. I już widzę te piaszczyste drogi odległych przestennie i kulturowo krajów, w których miliony istnień przeżywają swoje życie tak bardzo odmiennie niż moje. Masz wtedy ochotę zwinąć się w swój własny pled, zawinąć niczym w kokon oddzielający cię od tej brzemiennej w 'trzeba coś robić" rzeczywistości, której istnienie można wszak tak łatwo za pomocą filozoficznego młota podważyć.

 

to jest jak to słońce, które widzę zza okna po lewej stronie zza chmur wymykające, tak dobre czwartkowe popołudnie, po zajęciach i wykonanej dobrze pracy, w planach film o jakiejś beznadziejnej miłości zapętlonej w niewypowiedziane nigdy słowa.

 

 

 

 

sobota, 24 października 2009

śnił mi się Krym.nigdy nie byłam na Krymie.

 

śłucham soundtracka z 'Wszystko jest iluminacją", zachciało mi się pojechać koleją transsyberyjską i wysiadać na przypadkowych przystankach.

 

mam masę książek do wchłonięcia, nie można ich czytać tak szybko jak potrafię, trzeba myśleć, dużo myśleć, zakreślać, przepisywać, i kombinować jak by to pasowało do mojej magisterki.

 

znów czuję, że w pory roku się wpada, bach, i jesteś. zimno, deszcz, przemoknięte stopy w rozwalających się butach, włosy się przyklejają do ust, muzyka przerywana jest zepsutymi słuchawkami.

 

 

wtorek, 20 października 2009

Ci, którzy mają sposobność poświęcić się badaniu życia społecznego nie mogą spocząć - bezczynnie i obojętnie - w obliczu zmagań, w których stawką jest przyszłość świata. - Pierre Bourdieu.

 

Dla intelektualisty jedyną jeszcze możliwą formą zachowania solidarności jest niezłomna samotność. - T. Adorno

 

 

cała jestem tym zmaganiem. mam poczucie zanurzenia w życiu. wzajemnością jest własna szansa i świadomość przeżywania własnego dasein.

 

tak się cieszę, że już wiem, czego nie chcę, kocham się za tę konsekwencję, że ktoś mi pokazał, jak to powinno naprawdę wyglądać. Aż dziw bierze, że tego nie widziałam wcześniej. Jakie piękne są zmiany w człowieku, takie, że czujesz, że to jest trwałe i pewne.

sobota, 17 października 2009
wielki powrót do filozofii. czeka mnie konferencja naukowa. wreszcie robię coś w kierunku, z którego nie mam zamiaru wystąpić. pozostałe dziedziny życia są jakby obok. zaczęłam kolejne studia, zupełnie nie w moim stylu, ale to dobrze, dowiedziałam się na nich w ciągu 7h mnóstwa rzeczy, obliguje mnie to do poznawania jeszcze innej niszy. jesień zrobiła nam psikusa, zamiast niej jest i zimno i wietrznie. nie mogę usłyszeć szelestu liści jak idę, wszystko przez ten okropny siąpiący deszcz.
środa, 07 października 2009

Jedno mi nie wyszło, czuję, że nie daję rady, nie będę miała czasu pisać, myśleć o filozofii, wracam późno padając ze zmęczenia, a ból głowy jest rozdzierający.

 

byłam dziś na zajęciach, pierwszych w tym ostatnim roku akademickim. Zdanie, w którym pojawia się słowo pierwszy i ostatni zawsze jest smutne w jakiś tam sposób. Pytałam ludzi, czy stoję pod odpowiednimi drzwiami, i dowiedziawszy się, że są oni na II roku głośno wyrażałam swą tęsknotę za powrotem do czasów, w których po prostu mogłam studiować i robić milion innych miłych rzeczy.

 

siedząc dziś w znajomej sali i patrząc na pożółkłe liście uświadomiłam sobie, że to już piąty raz jesień wita mnie zza tego okna. rok temu, obserwowałam pewne drzewo, skrupulatnie liczyłam te pojedyncze liście, których z każdym tygodniem zajęć za oknem było coraz mniej. próbowałam nie patrzeć na to całkiem łyse drzewo przez prawie pół roku zimy w tym kraju. a później nie -wiadomo-kiedy drzewo to wybuchło całą tą swoją zieloną bujnością, a wraz z nim słońce, chociaż doskonale pamiętam dzień czterech pór roku: rano słońce, potem grad, potem deszcz i na końcu znów słońce. niczym w buddyjskim filmie: spring, summer, autumn, winter and spring.

 

nie bez przyczyny amerykańska jesień to fall. runąć, gruchnąć, zapadać się, zmierzch, upadek.

fall in love= ? zostawiam bez komentarza. nawet języki obce wiedzą lepiej, jak to wszystko jest poukładane.

 

 

 

niedziela, 04 października 2009

pierwsze:prawdopodobnie będzie tak, że mam zajęte większość dni w tygodniu, magisterkę kolejną będę pisała nocami, albo dziwnymi porankami, siedząc w tych okularach, które wyostrzają rysy twarzy i wszystkim przywodzą na myśl jedno zdanie: 'jakaś ty poważna'.

drugie: moja partia szachów zbliża się ku końcowi. wychodzą błędy przeciwnika i nieoczekiwane zatajone prawdy. uśmiecham się do tego w myślach, no cóż wszyscy błądzimy w ciemnościach, a gdy jest już tak całkiem jasno, to należy nadal się potykać, ot tak - by dodać sobie kurażu.

 

trzecie: standardowe procedury. wszystko przybiera znajomy obrót. w czwartek seminarium z Bycia i czasu. Będę czytać i będę płakać, będę chłonąć. koincydencja: akurat, kiedy mam trudności, żeby się samemu zabrać za gruntowną od nowa analizę, to wpadają mi akurat takie zajęcia, z tego konkretnego filozofia, z tego konkretnego dzieła. czyli wszystko jest połączone, plus niektórzy ludzie są ze sobą połączeni bardziej niż myślisz. niczym niewidoczne sznureczki, próba sił, kto kogo dziś przyciągnie na swoją stronę.

 

czwarte: bole głowy powróciły, ale nic to, słucham jenn grant tupiąc nóżką pod niebieskim biurkiem.

 

piąte: moje ty metafizyczne połączenie, prawdo, pyszna transcendencjo.

 

szóste: przeczytałam u Bzium i stosuję: zawsze trzeba trzymać drzwi otwarte, żeby jedni mogli wejść, a inni Wyjść. (zapomniałam, że to u Foera było)