Kategorie: Wszystkie | Hermeneutycznie | Impresje
RSS
wtorek, 30 września 2008

Ocean życia.

Wszak trzeba chodzić z wszystkimi owocami

Wszystkimi

barwami owoców

z czarnymi drzewami na śniegu

 

z nocami 

które będą i 

z tą jedną

która jest. (T. Różewicz) 

 

mantruję. mamroczę. inkantuję.

poniedziałek, 29 września 2008
Dolce Vita Diora to zdecydowanie zapach na wieczór. Unosi się i otula przyjemnie całe ciało dookoła, tworząc zmysłową mocno- słodką aurę. Zapach, w którym można się zatopić. Kobieta, której nie można się oprzeć poprzez jej zapach i wiążące się z tym wybory: dlaczego ten, a nie inny? Może był polecony przez KWC na Wizażu?:)
środa, 24 września 2008

Właściwie to można powiedzieć, że już coś ruszyło. Bierne czekanie na niewiadomocoigdzie jest niestety moim problemem, toteż naczelną zasadą tej jesieni będzie przeciwwstawianie się takiej bierności dochodzącej również z zewsząd.

 

Od poniedziałku cała jestem melancholią. Nie umiem powstrzymać myślenia o. Synapsy mi się palą i sama nie wiem dlaczego chce mi się przy tym śmiać z samej siebie. Nie dobrze. 

 

 Słucham Marii Peszek, bardzo dobra płyta, jest już kolejna, pozwolę sobie podelektować się tą starszą. Jadąc tramwajem wypatruję, aż oczy pieką, deszcz zamazuje mi szyby i pozwala na chwilę odpocząć.

niedziela, 14 września 2008

Leniwa niedziela, powinna nie różnić się zadsadniczo od innych, ale nie tym razem. Jak ślisko-chropowata powierzchnia studni, w której jestem zanurzona, ta niedziela doprowadza do regularnych dreszczy, gdy się ją za każdym razem dotyka.

 No i poszło.

 

Pewne rzeczy się prawie-same rozwiązały. Nie można już wrócić do poprzedniego (równie niepewnego) stanu wydłużania agonii. Nie wiadomo na co się czeka, czego oczekuje, skoro człowiek bierze ochłapy takie jakimi są.

 

Marna egzystencja i niezawodne instynkty, które utrzymują nas w działalności tzw. codzienności (mycie zębów, słanie łóżka, chodzenie po zakupy, przeżuwanie itp.) są tylko elementem umożliwiającym zapłodnienie jednostek celem pozostawienia tego fragmentu siebie w kimś. Inne elementy, które przywodzą na myśl tzw. magię świata, magię spotkanych osób, tzn. kochanie bezwarunkowe i "przyrzekam Ci, aż do śmierci" są tylko kulturalnym wymysłem. Dobrze, że rozum jest naszym mieczem obosiecznym : umożliwia poznanie rzeczywistości jawiącej się jako obiektywna, z drugiej zaś strony pozwala nam opisać, przegadać i doświadczyć (pośrednio) naszą własną świadomość, w tym i świadomość śmierci. 

 

Zapewne taka świadomość jest przekleństwem toteż nikt nie myśli o tym wszystkim codziennie, wszak trzeba robić te wszystkie rzeczy: kochać  i nienawidzić wszystkie -izmy, modlić się co rusz nowych bogów, uprawiać sport, zabiegać o seks, no i przede wszystkim nabywać. Nabywanie to jest taki fantastyczny dodatek do ponowoczesnej charaktetystyki osoby przepełnionej atomistycznym indywidualizmem. Przede wszystkim zaś, należy obawiać się i nic nie działać przepuszczając swoje życie przez palce. Z obawy. Tak się właśnie robi to w ponowoczesności.

 

 

Krytykować też jest nieźle. 

 

 

Można i z tego zrobić sport, można i źródło utrzymania, co kto woli. 

 

 

Aż dziw bierze, że tzw. romantyczna miłość gdzieniegdzie się jeszcze ostała, ludzie 'walą' na projekcje związane z miłością, szukają (rozpaczliwie - jak niektórzy bohaterowie powieści albo filmów vide "Spragnieni miłości") tego czegoś, magii, która pozwoli choć na chwilę (jak na chwilę- niecałe dwa lata działania neurotransmitierów, to całkiem sporo) zapomnieć o biologicznych powinnościach. O tym, że gówno każdego śmierdzi.

 

 

Tym niemniej zawsze byłam zdania, że jak się już znajdzie coś (nie kogoś), co daje duże poczucie bezpieczeństwa, jakieś uczucie pewności niektórych sfer, niespotykane dopasowanie bądź też fascynującą różnicę, która przetrwa standardową procedurę chemicznego odpierdolenia - to warto w to wejść, bo wiemy co nam zostanie, z czym my do ludzi, i z czym oni do nas. Ze świadomością tych wad, i małych frustrujących usterek, jak również ze świadomością tych little accidents, po których znów się patrzy na znajomą twarz z profilu, tak ufną i pewną i samemu się takim staje.

 

 

Jednakże, oczywiście, nie można i tego mieć, niektórzy nie mają i tego, ba, niektórzy to nawet nie mają się gdzie podziać, więc bytowanie ku śmierci jest dla nich codziennym obowiązkiem, o którym dobrze wiedzą, i z którego doskonale zdają sobie sprawę, w odróżnieniu od Pana Dyrektora, który sobie zdaje sprawę z tego że o tej porze roku to z grzybami jest coś kiepsko.

 

 

Nigdy nie sądziłam, że są takie momenty, które oddzielają pewne nazwijmy to górnolotnie 'stałe uczucia' od tych nowych, które niczym terra incognita wciskają się do świadomości przez niewidoczne szczeliny, mieszkają już z nami, chodzą nam po plecach etc. A jednak są. I dotykają nas w naszych słabszych momentach, często trzeba się przygotować na dubeltowe doznanie. Po pewnym przeżuciu zostaje oczywiście pewna próżnia, której nie należy od razu zapełniać, należy się nią po buddyjsku delektować. Doznanie pustości jest zaprzeczeniem dominacji ego. Coś na czasie, zgodnie z powiedzeniem, że Budda jest cool, a Dalaj Lama jeszcze bardziej 'trendy'.

 

Przechodzi się takie piekło, aż huczy w głowie, dosłownie, coś jak startowanie samolotu, zatykają się wszystkie otwory i człowiek robi się zamknięty we własnym nieruchomym trwaniu. Można by tu użyć terminu metafizyka, ale jest on dziś już tak wyświechtany, że szkoda po raz kolejny odmalowywać jego sens.

 

Pozostaje pogodzić się z miernotą życia, powtarzać to sobie mamrocząć pdo nosem jak mantrę. Pozostaje już nawet zaakceptować fakt, że w sobie samej już się skończyło, definitywnie. Poczułam to i po prostu to do mnie przyszło, nie sądziłam, myślałam, że będę się szarpać jeszcze czekając na wyrok. Teraz pozostaje trucht do przodu, w udawaniu, że się mało wie o śmierci, i o przemijaniu oraz pozostawienie wolnej ręki. Ktoś jak chce, zobaczy, doceni po czasie, to zrobi coś. Wolna jestem już od tego. 

 

Nie sądziłam, że tego typu wolnośc przypadnie mi w udziale.  Tak samo jak nie sądzę, że niewielu wie, jakim bezsensownym wynalazkiem jest życie homo sapiens z tą paskudną świadomością. Wielu wie, niewielu się przyznaje bo i po co. Byle jeszcze jakoś szło, nie? Tak żyjemy...właśnie tak, bez odwagi, kompletnie bez odwagi probówania czegoś od nowa z wyższym ryzykiem porażki. Nieustanne poszukiwania lepszego skracają nam życie, są jak telomeraza, ten enzym odpowiedzialny za długość życia komórek w naszych wesołych ciałkach. I tak sobie to właśnie przemijamy.