Kategorie: Wszystkie | Hermeneutycznie | Impresje
RSS
poniedziałek, 25 maja 2009
 
 
 
 
jakież to nudne lepiej czytać klasyków
czwartek, 21 maja 2009

dopóki się nie zrozumie, iż jesteśmy wszelako i jednakowo przerabialni przez innych, dopóty będziemy żyli przed oświeceniem.

 

przeczytałam niedawno, że niektórych ważnych dla nas ludzi, należy popakować w pudełka, wstążka i do szuflady, nie zaglądać czy im się powodzi, jak wstają rano, piją kawę i robią to wszystko bez nas. Im mniej się człowiek przywiązuje do osób, tym większa szansa na przeżycie teraźniejszości bez grzebania się w okopach.

 

ale ja nie  o tym......

 

 

wprawdzie ja sałatki jem rok cały, ale teraz wszystko pachnie inaczej i jest bardzo dostępne, czekam aż ceny zielonego groszku spadną, pojawiły się już czereśnie, ale ćwiczę się w cierpliwości.

 

sałata lodowa, pomidory, kiełki rzodkiewki, kapka oliwy, papryka, cebulka, przydałby się kurczak, ale jakoś ostatnio zapomniałam co to jest obiad.

 znów mam ochotę wydawać nieprzyzwoite kwoty na bieliznę. jest dużo dystraktorów, ale jest między słowami.

niedziela, 17 maja 2009

Marzy mi się pójście na kawę do Coffeheaven, i to na konkretną kawę, niestety stos notatek  i otwarty edytor tekstu nie pozwala mi na takie małe marzenia.

 

Znów jestem w niedoczasie, ale przynajmniej wiem, że jest technika malarska, która jest dokładniejsza niż zdjęcie cyfrowe.

 

sny mam takie rozwiązujące wszystko, że aż strach. 

 

przed oknem wszystko zarosło, nie widzę jaki autobus podjeżdża, jeże się pokazują od czasu do czasu, czasami chciałabym móc wyskoczyć przez okno i zamieszkać na najbliższym drzewie, po to tylko by poodychać nie nękana powinnościami rozrastającymi się nieludzko w tym roku. robi się podsumowania na koniec roku, ja zwykle robię je w czerwcu, tak się złożyło, że większość życiowych spraw miało miejsce w czerwcu, taki omen. znów jestem mądrzejsza o kilkaset słów w kilku językach, kilkadziesiąt przeczytanych książek, zapewne z milion wypowiedzianych słów, drugie tyle uduszonych w tchawicy, wypowiedzianych w snach, spotkanych nowych ludzi (to chyba jest najbardziej owocna sprawa), kilkanaście banalnych i krótkich zauroczeń jedną cechą w drugim, 2 poważne zauroczenia ('było-minęło'), jedna wielka tęsknota, 1 nieudana randka, nigdy nie wypiłam tyle co w ciągu ostatniego roku(chociaż nie jest to zbyt dużo, bo wcześniej nie piłam prawie wcale), nie spaliłam tyle papierosów, nie wysiadałam nad ranem pod swoim oknem z Ikarusa, nie nie nie...

 byłam na świetnych koncertach

płakałam tyle co zawsze chyba, a nawet mniej

przeprosiłam się z sukienkami 

zasypiałam o wszystkich porach nocy, byłam przytomna na każdej cyferce, jaką wskazywał zegar, zarówno z kimś, jak i samotnie wchodziłam w noc i dzień przytomnie z gracją, rozpaczą, samotnością, bezpieczeństwem, czułością, utuleniem, nieutuleniem

ojciec na walentynki mi powiedział, że mnie kocha i jakoś odtąd mówi mi to zaskakująco często

 

kilka razy udało się komuś doprowadzić mnie do zawrotów głowy

mam nadzieję, że jak już się skończy ten rok akademicki i przyjdzie lato, to będę nadal on the road. nie oglądając się za siebie dawno. 

 

a dziś powiedziałam w śnie kocham cię i to było jakbym rzekła: musimy przestawić to biurko, i resztę zrobiły szumy komunikacyjne, wszystko się zerwało i nie miałam ni informacji zwrotnej ni sprzężenia. 

środa, 13 maja 2009

nim stanie się tak jak gdyby nic nie było

 

 it is cold

it is dark

 

jest jedna lokomotywa, która zawsze czeka cierpliwie, ma nawet włączone te dwa czerwone ślepka, w kabinie jest zapalone żółte światło. ilekroć stoję na rondzie stanowiącym największą znaną mi stację przeładunkową tego miasta, odgradzam się od ludzi słuchawkami, potrzebuję papierosa i spojrzenia na lokomotywę.

 

jak to dobrze, że już niedługo będę w lesie i w mieszkaniu, w którym mogę się skryć, a dobra dusza będzie nalewać wino i słuchać mnie jak zawsze do końca, mówić tym wibrującym głosem, który uwielbiam. wszystko tam pachnie jeszcze nowością, jest tam bezpiecznie, nawet sen przychodzi sam nieproszony. mimo potoku słów za sprawą długiego niewidzenia i tak między nami wszystko jest między słowami. za każdym razem jest to zmartwychwstawanie. nie jest zwykłym tu-oto-byciem-obok, które wyszarpuję by póżniej z jasną świadomością widzieć, że to nie jest takie jakie powinno być. 

 

nie jest to mówienie rozgadane w obliczu Innego

ale mówienie odkrywające sie

to znaczy zdejmujące z siebie skórę

skrajna wrażliwość aż po cierpienie

- i w ten sposób będące znakiem który znaczy

sam z siebie

sam sobie nadaje znaczenie

[e.levinas]

 

takie to jest właśnie moje mówienie. któż by się nad nim pochylił?

daft punk aerodynamic - ten utwór doskonale opisuje powrót do domu z dobrej imprezy. przypomina mi się scena z filmu smak życia, Barcelona, światła, kolory, zapachy.

 

Barcelona, moja Barcelona, no kiedyż tam przybędę?

 

ze złych imprez jest o wiele więcej muzyki w uszach.

niedziela, 10 maja 2009

Nawet jeśli przechodzi Ci przez myśl, jeśli utożsamiasz przelane myśli na binarny język i bierzerz go za mnie, to głęboko się mylisz. Wprawki, to są tylko wprawki, pewne elementy są prawdziwe, inne wyssane albo zassane.

 

A tak w ogóle to uciekam sobie ostatnio, znikam po prostu. Byle dalej, byle mieć święty spokój i rozkoszować się czyjąś nadwidzialnością, niczym u Gianniego Vattimo, robimy sobie naszą własną, intymną fabułę.

 

pierwsze rozbłyskiwanie wydarzania się bycia (Heidegger)

czwartek, 07 maja 2009

perwersyjny przedmiot pożądania to ekspres ciśnieniowy. zamiast.

 

 

najbardziej to lubię, jak mi mężczyzna imponuje. zaczyna zdania od: 'to jest tak", "zaraz Ci to wytłumaczę", "chodź, stań tutaj, widzisz?", "to proste jest, czekaj, narysuję Tobie", "bierzesz...[...] i gotowe". autodiagnoza: mężczyźni mi się ujawniają poprzez poręczność. Heidegger rzekłby: A jednak to, że odnajdujemy siebie pośród rzeczy, które mają dla nas znaczenie, jest dla naszej najbliższej przedrefleksyjnej samoprezentacji decydujące. 

 

Jeszcze - tylko - przebywanie - obok (Bycie i czas s. 86)

wtorek, 05 maja 2009

 jadąc autobusem wąchałam z ukradka pomidory zawieszone na gałązkach, miałam później ten zapach na palcach i przypomniała mi się działka babci, wielka śliwa na której gałęziach była przymocowana huśtawka dla mnie, nieopodal agrest, który z racji mego łakomstwa pozostawiał znaki na przedramionach w postaci zadrapań, za agresem truskawki, na które czekało się czasami całą wieczność: Babciu, a już mogę zerwać? - Nie Niteczko, jeszcze nie są dojrzałe, zaczekaj. -Ale Babciu, ja tam jedną widzę taką w połowie czerwoną...

 

Bałam się chować w malinach, bo było tam sporo owadów, zwłaszcza że słoneczniki stojące dumnie naprzeciw malin zerkały nań oskarżycielsko, bowiem wszyscy szli w te maliny, niczym Leśmian w jego Malinowym chruśniaku, było tam też dużo motyli, których się lękam do dziś. Po drodze były pomidory, ale w szklarni było zawsze za gorąco i kręciło mi się od tego w głowie, toteż wolałam podpatrywać ślimaka robiącego dziurę w ogromnym liściu kapusty, ciekawe czy gdyby przyłożyć doń metafizyczne ucho dałoby się usłyszeć wielkie chrup chrup. Miałam taki zwyczaj, że jak już zjadłam te babcine kanapki z pomidorami nabrzmiałymi słońcem i ogrókiem przez którego środek prześwitywał świat to szłam do pobliskich działek i rwałam dla Babci wszystkie kwiatki, które wystawały zza siatki oggradzającej jedną działkę od drugiej, przy czym zawsze zrywałam po jednej sztuce i każdy musiał być inny i w innym kolorze, po czym przynosiłam ten bukiecik, który miał jakieś niecałe 10 cm długości wraz z kwiatem i nie pasował do żadnego wazoniku, ot literatka by się jedynie nadawała, poza tym łodyżki były już tak zgniecione przez moją małą spoconą łapkę, że cały ten misternie szabrowany bukiet wyglądał nietypowo. Babcia jak zawsze z uśmiechem dziękowała i w zamian dawała mi pierwszy groszek, schowany w lewej kieszeni granatowego fartucha. I wszystko było takie jasne i pewne i miałam swoją czerwoną konewkę, ale Babcia miała taką dużą metalową i uwielbiałam patrzeć jak podlewa to wszystko, co później z wdzięczności do niej rosło i rosło.

sobota, 02 maja 2009

" jutro będzie wiosna i będe dłużej pukać"

 

zanim zrobi się tak całkowicie ciemno, gdyby wychylić się lekko przez okno, widać lampę, która zapala się za wcześnie. Jej żółte światło jest dla mnie reminescencją światła z dzieciństwa, wszystko mi się robi takie ciepłożółte, pełne jakiś dziwnych uczuć, taki lekki ścisk w żołądku. Można by taką lampę dać do teatru, idealnie pasuje do jakiegoś małego dramaciku o samotności, dwoje, albo lepiej pięcioro zaplątanych w niewiadomoco ludzi, chcących wyjść z impasu wyłamując dziurę w ścianie obok otwartych drzwi. 

 

szokiem jest dla mnie odkrycie, że niektóre sytuacje przyjmuję z ogromną łagodnością. Nic się nie unosi, nic nie wierzga. 

piątek, 01 maja 2009

Przaypadek doprowadził mnie do niecodziennego odkrycia poety, którego sądziłam, że poznałam. Okazało się, że jak zwykle poznałam jakiś fronton, a kulisy skrzętnie schowane czekały zakurzone na odkrycie. Z racji wielkich dni grillowania, upajania się zapachem łąk, jezior i gór, picia i realizowania homo ludens, ja poczynam sobie nieładnie bo coś robię.

 

trzeba śnić cierpliwie

w nadziei że treść się dopełni

że brakujące słowa

wejdą w kalekie zdania

i pewność na którą czekamy

zarzuci kotwicę

 

(Z. Herbert Zasypiamy w słowach)

 

 

Ciekawe czy gdyby odwrócić i dowodzić nie wprost, to czy fakt, iż już wiem, czego nie chcę, może być tożsamy z jakąkolwiek pewnością chcenia tego, co przeciwnością nie- chcenia będzie?

 

 

oddam wszystkie przenośnie

za wszystkie przenośnie

[...]

za jedno słowo 

które mieści się

w granicach mojej skóry

 

Ale nie jest to widać możliwe

 

zasypiamy z jedną ręką pod głową

a z  drugą w kopcu planet

 

a stopy opuszczają nas

 i smakują ziemię

małymi korzonkami

które rano

odrywamy boleśnie 

(Z. Herbert Chciałbym opisać)

 

Tak mi to wszystko bujnie zarosło, że nie widzę jaki autobus ląduje pod moim oknem. I pojawiły się już jeże, trzeba je zacząc nazywać.