Kategorie: Wszystkie | Hermeneutycznie | Impresje
RSS
piątek, 30 stycznia 2009

Tylko ja i On. Przez jeden utwór miałam dojmujące uczucie wpatrywania się jego w moje , a moje w jego. Oczy. "Nie zrobisz nic, nie zmienisz nic, możesz wejść albo wyjść...".

 

Aranżacja koncertu pod Blue Note. I genialny saksofonisto-pianista. Dął z całej pary, aż publiczność wstrzymała ten oddech, który on łapał umiejętnie nie nerwowymi haustami. I jak skończył otarł pot z czoła i zachwiał się, taki to był solowy popis, a ja stałam nogi moje zawstydziły się one, stopy moje zawstydziły się one. Serce moje tachykardię poznało w całej jaskrawości. Obserwując spod półprzymkniętych powiek zdałam sobie sprawę, że takie wydarzenie ładuje mnie na co najmniej miesiąc dobrego. Gotowa jestem oddać ostatnie pieniądze, koszulę i turkusowy stanik.

 

Z innej szufladki : jak to się zmienia wszystko, kotłuje, jest synestezja, ta prawdziwa, ta metafizyka, to uczucie nieutulenia zmienia się poprzez 2 zdania pytające, zaczynające się od "czy". A potem ucieczka i podróż do kresu nocy, przez wszystkie szalone rozstaje dróg, a później zaplątanie w Innego, a jakieś stoosiem godzin później cała trzeźwość, sauber i  ta świadomość akceptująca. Imiesłów wskazuje na formę niedokonaną, jeszcze. Teraz czas na solóweczkę. 

[...] serca zmdlałe ocucą

pleśń z oczu zgarną narody [...] (Bema pamięci żałobny rapsod, C.K.Norwid)

 

sobota, 24 stycznia 2009

Lewy nadgarstek - Pure poison Diora. Czysta trucizna dla zmysłów.

 

Jak widać mój hipokamp nie zapomniał. To było jakieś 9 lat temu, Paryż pachnący deszczem, sprzedawcy kasztanów na Placu Pigalle mieli całe osmolone dłonie i uśmiechali się łagodnie wysuwając do przodu górną wargę, którą do dziś uznaję za cechę charaktersytyczną Francuzów. To jest przystosowanie do tego brzmienia, tego całego rrrrr, mon amour.

Muzeum perfum. Wybrałam sobie za niebotyczną wtedy dla mnie sumę 80 franków próbkę perfum, które porwały mój narząd nosowo - lemieszowy do tego stopnia, że przez te wszystkie lata skropiłam się nimi kilka razy, przez resztę czasu, a zwłaszcza wracając do domu z Poznania otwierałam te cudeńko i wąchałam. Z każdym niuchnięciem pojawiał się mój Paryż, Montmartre z niezlicznoną ilością księgarń ( o buddo, potraficie wyobrazić sobie te wszystkie książki, pachnące starością, nowością, pożółtkłe, zapomniane ). I tak oto wczoraj doszło do mnie, że to jest nic innego jak to, co miałam tuż tuż. Kolejna pyszna koincydencja. Zatem :

 

 Po raz kolejny przytulam do siebie słowa.

 

"płacze się, płacze, bez powodu, żeby się  nie śmiać, i z wolna popada się ...w prawdziwy smutek. "

[...] A potem mówić, szybko, słowa, jak nocą samotne dziecko, co dwoi się i troi, aby być jakby z kimś i szeptać z nim w mroku [...]"

Końcówka. S.Beckett

 

 

sobota, 17 stycznia 2009

Powróciłam do ostatniej, pięciominutowej sceny serialu Six Feet Under, ktoś kto nie zna i nie widział nie zrozumie nic, więc lepiej nie czytać dalej.

 

Jedna z lepszych scen ze wszystkich filmów, które obejrzałam w życiu, a zapewniam, że było ich mnóstwo, bo większość swojego czasu poświęciłam kinie i książkom. Uderzająca w tej scenie nie jest śmierć, która dominuje we wszystkich odcinkach serialu -sprowadzana przecież wielokrotnie do tak błahej postaci, że zamiast trwogi i żalu wywołuje uśmiech, lecz przemijalność wszystkiego, która stawia nas wszystkich na tym samym szczeblu drabiny. Świetnie dobrane dźwięki, które wzruszają, i w miarę odchodzenia kolejnych postaci - potęgują owo uczucie do tego stopnia, że (naturalnie, bez ustanku), zaczynasz myśleć o swoich bliskich i oczywiście - o sobie. Dla kogoś, kto nie miał okazji budzić się w nocy z uczuciem, że jego serce przestaje bić (nie polecam)- ma to jedynie powierzchowne znaczenie, ot coś o czym wiadomo, że będzie, tak jak jutrzejszy dzień ( którego pewność negował z takim zapałem Hume). 

z lubością oglądam takie sceny, przywykam do nich, jestem w nich zanurzona, zdaję sobię z tego wiecznie sprawę, co nie znaczy, że jestem tym przesiąknięta i nie pozostaje mi nic innego jak zacząć kopać sobie saperką grób. Przeciwnie. 

 

Soundtrack do filmu robi dobre wrażenie, szczególnie dwa utwory, których nieskomplikowany tekst jest jednocześnie dla mnie jakoś osobiście metafizyczny. Wyrażać może obecny stan lub też późniejszy, jak sądzę, wiecznotrwały. Dodatkowym bodźcem jest mój już prawie - dwuletni -widok z okna na tę nieszczęsną sześciopasmową ulicę i hałas nocnych Ikarusów, które darzę sympatią, mimo że budzą mnie do dziś w nocy piskiem hamowania i charakterystycznym łomotem otwieranych drzwi. 

 

Czasem warto pozachwycać się prostotą, żeby móc docenić skomplikowane jako to, które nie zawsze jest sumą tego prostego.  Czasem trzeba dać przejść temu czemuś obok, żeby zobaczyć co z tego zostało.  Czasem trzeba dać temu odejść na zawsze, żeby mieć same dobre wspomnienia. Czasem trzeba umieć się rzucić w życie i podczas tego constant flow robić tylko to i mówić tylko to - co zawsze się chciało powiedzieć. Chociaż jeden raz. 

 

Czasami nie mamy szansy powiedzieć tego i żałujemy do końca swych dni, z reguły tak ludzie robią, wszak tacy właśnie jesteśmy. 

 

Help, I have done it again

I have been here many times before

Hurt myself again today

And, the worst part is there's no -one else to blame

 

I have lost myself again

Lost myself and I am nowhere to be found

I think that I might break

Lost myself again and I feel unself

 

Be my friend

Hold me, wrap me up

Unfold me

I am small

and needy

Warm me up

And breath me

środa, 07 stycznia 2009

Nieustanne mijanie się w codzienności. Podczas tych wszystkich naznaczonych powtarzalnością i precyzyjną regularnością zdarzeń. To są te momenty nie -Istnienia.

Oczywiście zdarzają się takie momenty, to już nie jest projekcja w głowie, szkoda tylko, że Levinas miał rację pisząc, że całość spełnienia w danej chwili pozostawia nas jeszcze bardziej nienasyconym. Nieutulonym. "Zostawiając mnie w ludzkiej ciżbie i lodowatej samotności."

 

Niestety, ale tak to już jest urządzone.

 

Taki banał.

 

Mroźno, wszędzie mroźno. 

 

 

 

czwartek, 01 stycznia 2009

Jest dobrze. I absolutnie nie ma z tym związku zmiana daty z ósemki na dziewiątkę. Z dwunastki na jedynkę.

Miejmy tylko nadzieję, że wreszcie się coś zacznie dziać:)

 

Dużo ognia

Dużo czułości.

 

Chcieć niezbyt wiele. Godzić się na miernotę życia. I jeszcze kilka innych podpunktów z listy prof. Kołakowskiego, a wszyscy byśmy byli bardziej zanurzeni w życiu.